


Gdyby czterotomowy cykl fantasy Marzyciele były moimi pierwszymi książkami pewnie nie sięgnął bym po żadną w przyszłości. Jest to jeden z najgorszych cyklów fantasy (i książek w ogóle) w moim życiu. Pomyśleć, że David Eddings debiutował świetnymi cyklami Belgariady i Molloreon, a skończył na tym potworku.
Jak już wspomniałem cykl składa się na cztery tomy: Starsi Bogowie, Najdroższa, Kryształowa Gardziel i Młodsi Bogowie przy czym każdy z tomów prezentuje ten sam beznadziejny poziom. Fabuła przedstawia się bardzo ubogo; kontynent Dhrall jest podzielony na cztery krainy, którą opiekuje się inny bóg, jednak pośrodku krainy na pustkowiu żyje potwór Vlagh, który chce zapanować nad światem dzięki swoim dzieciom – owadom. Bogowie, którzy nie mogą zabijać, inaczej przestaną istnieć postanawiają wynająć armie piratów i najemników do obrony przed Vlagh. Jak nie trudno się domyśleć każdy tom przedstawia wojnę w innej krainie Dhrallu. Są jeszcze tytułowi Marzyciele, którzy dzięki snom potrafią sprowadzać na ziemię kataklizmy i dziesiątkować armię wroga. Fabuła jest prosta, żeby nie powiedzieć prostacka, jeden tom – jedna kraina – jedna wojna. Wątków pobocznych brak, więc pogubienie się w bogactwie fabularnym jest niemożliwe. Żeby było śmieszniej Marzyciele pomimo, że są teoretycznie kluczowymi postaciami i najbardziej interesującymi pojawiają się niezwykle rzadko, właściwie tylko pod koniec każdego tomu.
Książka jest o wojnie i prostą fabułę mogłaby zrekompensować szybka wciągająca akcja. Niestety tak nie jest wojny na całe cztery tomy jest niewiele, reszta to narady wojenne, wymyślanie różnych genialnych planów, a także nic nie wnoszące do fabuły dialogi np. o koniach lub o wydarzeniach sprzed paru stron książki. Co gorsze brakuje jakiegokolwiek dramatyzmu, ludzie wycinają w pień przeciwników sami będąc właściwie nieśmiertelni. Zero problemów, wojna, która sama się wygrywa. Przypomina to trochę granie w grę komputerową za pomocą kodów, niby przeciwnik jest, ale nie trzeba się denerwować, bo i tak nas nie zabije. Przez wszystkie cztery tomy narażeni jesteśmy na ataki nudy i ziewania, a przebrnięcie przez cykl może się dla nie jednego okazać nie lada wyzwaniem.
Postacie występujące w książce to kolejny gwóźdź do trumny Marzycieli. W cyklu występuje wiele na pozór zróżnicowanych postaci, mamy piratów, najemników, bogów, zwykłych ludzi, czy wreszcie potwory. Problem polega na tym, że każda postać (może z wyjątkiem potworów) zachowuje się dokładnie tak samo. Każdy jest niezwykle inteligentny pomysłowy i dowcipny, każdy w walce stanowi jednoosobową maszyna do zabijania. Co gorsze nie ważne czy to szlachcic, pirat czy wieśniak dokładnie każdy jest dobrze wychowany, miły i przyjacielski. Tak nawet piraci, którzy stronią od przemocy, przekleństw, a o tak oczywistych sprawach zdawało by się jak palenie, grabienie, mordowanie i gwałcenie nie ma co wspominać. Tacy piraci mogliby ze spokojem występować w bajkach z pod znaku Disney’a. Tak więc mamy szereg papierowych kukiełek, zamiast postaci z prawdziwego zdarzenia, które gdyby nie różne imiona ciężko byłoby odróżnić.
Eddings pisze coraz słabsze książki i coraz słabiej. Poziom pisarski tego cyklu stoi na żenująco niskim poziomie. Opisy zmniejszona do niezbędnego minimum, beznadziejne dialogi i rozmyślania bohaterów na poziomie przedszkola i tak przez cztery tomy, jakby nie mógł poprzestać na jednym.
Marzyciele to naiwna i dziecinna bajeczka, którą rodzice mogą czytać dzieciom zamiast „brutalnego” Harrego Pottera. Reszta, która oczekuje normalnej fantasy zbliżonej poziomem do najlepszych książek Eddingsa radzę ominąć tego potworka, szkoda czasu i pieniędzy.
Ocena 1/10




